Showing 10 Result(s)

Enjoy, Sarajevo!

Tworząc wpis o Sarajewie, trudno mi było podjąć decyzję na którym aspekcie powinnam się bardziej skupić. Turystycznym czy może historycznym. W każdym bądź razie Sarajewo ma w sobie to coś. Nie jest ani szczególnie dużym miastem, ani nie ma tam ogroma robiących wrażenie zabytków a w czasie naszego pobytu padał deszcz. Jednak tkwi tam jakaś magia. Spokój Sarajewa przeszywał mnie na wskroś, natomiast śpiew muezzinów działał kojąco.

Podążając za rekomendacjami do Sarajewa dotarliśmy pociągiem. Naprawdę warto! Trasa jest spektakularna i uchodzi za najpiękniejszą trasę kolejową w Europie. Przez chwilę można się poczuć jak w bajce. Prowadzi między wzgórzami i stromymi zboczami oplecionymi wstegą szmaragdowej wody. Sceneria  kusiła by wysiąść i udać się na dziką, górską wędrówkę. 

Sarajevo trudno zwiedzać nie odnosząc się do jego historii. Trudno od niej uciec, gdy za każdym rogiem na ciebie spogląda. Trudno jej nie dostrzec, gdy jest tak bardzo namacalna. Dlatego zdecydowaliśmy, że zwiedzanie rozpoczniemy od miejsca, które nam ją przybliży. 

By schronić się przed deszczem udaliśmy się do pierwszego punktu naszego pobytu w Sarajevie czyli do GALERIJA 11/07/95.  Muzeum upamętnia tragedię w Srebrnicy oraz 8372 osoby, które zginęły podczas aktu ludobójstwa. Zgromadzone tam materiały multimedialne są prawdziwe i nieocenzurowane. Być może dlatego wizyta w tym miejscu wywołuje tak wiele emocji. Koniecznie kupcie bilet z audio guide. Spędziliśmy tam dwie godziny, a i tak nie obejrzeliśmy wszystkich materiałów. Co ciekawe bilet do muzeum jest ważny dwa dni, trudno obejrzeć wszystko na raz, a wizyta w muzeum jest dość przytłaczająca. Jednym z filmów, który można tam zobaczyć to Miss Sarajewo. 

Natomiast popołudniu udaliśmy się na dwugodzinną wycieczkę FreeTour War Scars and New Times. FreeTour to opcja „budget friendly”, ponieważ to Ty decydujesz jaki napiwek zostawisz przewodnikowi. Oprowadzaczami najczęściej są amatorzy i entuzjaści. My trafiliśmy na dziewczynę, którą spokojnie mieści się w drugiej grupie. Świetnie opowiadała i przekazała nam wiele ciekawostek o Bośni, Sarajevie oraz wojnie. W Sarajevie z FreeTour korzystaliśmy dwa razy, ani razu się nie zawiedliśmy i byliśmy zadowoleni. Jedną z ciekawych rzeźb, które miałam okazję zobaczyć jest Pomnik Dzieci Sarajeva. Z boku na obrotowych walcach umieszczono nazwiska poległych. Zabito około 1500 dzieci. Pomnik symbolizuje matkę z dzieckiem. Na dnie fontanny widnieją odciski małych stóp odbite w masie uzyskanej ze stopnionych nabojów. Tekstura rzeźby odpowiada liczbie ofiar.

Drugiego dnia odwiedziliśmy kolejny obowiązkowy punkt programu czyli War Childhood Museum. To miejsce można nazwać jednym wielkim archiwum dorastania w czasach wojny. Zostały w nim zgromadzone setki przedmiotów oraz ich krótkich opisów, należących do dzieci. Muzeum dokumentuje historię tych, którzy najczęściej są pomijani, dzieci, które musiały dorastać w obliczu brutalnych wydarzeń. Wizją muzeum jest pomaganie jednostkom w przezyciężaniu traumatycznych doświadczeń oraz zapobieganie traumatyzacji innych osób i jednocześnie pogłębianie wzajemnego zrozumienia. Pojawiają się tam także zabawki należące do dzieci mieszkających w Syrii. Możecie tutaj także nabyć książkę „Wojenne dzieciństwo” (jest wydana także w języku polskim) ze zgromadzonymi historiami dzieci. Kosztuje ok. 80 zł. 

Ponadto, gdy pogoda w końcu zaczęła nam sprzyjać udaliśmy się na trekking po wzgórzach wokół  Sarajeva. Trasa na Trebević (1627 m) jest przyjemna i nie wymaga jakiegoś szczególnego przygotowania czy kondycji. Schodzenie ze szlaku nie jest jednak wskazane, ponieważ wciąż znajduje się tam wiele niewybuchówi i min. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na stary olimpijski tor bobslejowy. Obecnie pokryty grafitti oraz porośnięty mchem. Taka wycieczka jest ciekawą alternatywą, jeśli już mamy dosyć miasta i potrzebujemy bliskości natury. Szkoda jednak, ze te wzgórza z jednej strony są atutem Sarajeva z drugiej przekleństwem. To własnie z nich w czasie wojny ostrzeliwano miasto. Obecnie takie położenia miasta, powoduje, że mieszkancy borykają się z problemem smogu.

Między czasie delektowaliśmy się spokojem Sarajeva oraz jego specjałami. Możecie odwiedzić któryś z meczetów, wdrapać się wyżej by z góry rzucić okiem na miasto i dostrzec mnogość białych placków cmentarzy. Warto napić się kawy przygotowywanej w tradycyjnym tygielku. To też świetny pomysł na pamiątkę, warto jednak poszukać takiego prawdziwgo, robionego na miejscu, bo większość niestety pochodzi z Chin. Spory wybór znajdziecie w sercu Sarajeva – tureckim targu Bascarsija. Prawdopodobnie w którymś z wcześniejszych wpisów poświęconych Sarajevu pisałam o tamtejszej tradycji picia kawy oraz celebrowania chwili. Tutaj nie biegnie się z kawą, ma ona być rytuałem, punktem zatrzymania i czasem na rozmowę z bliskimi. Do kawy podawane jest coś słodkiego cukier oraz przepyszna galeretka. Pokusiłam się również na tradycyjny turecki deser. Jednak tureckie słodkości nie grają z moimi kubkami smakowymi. Dla mnie są zbyt ciężkie. 

Aktualnie Bośnia wciąż jest dziwny tworem, zarządzanym przez trzech prezydentów (sic!), którzy muszą jednogłośnie podejmować wszelkie decyzje. Jak myślicie ile takich jednogłośnych decyzji jest podejmowanych w ciągu roku?

Historii wam niestety nie chcę przytaczać, bo historyk ze mnie żaden. Jednak wojna opisywana w książce jakoś nie robi na człowieku tak dosadnego wrażenia, w sensie czytasz i wiesz, że działo się coś strasznego. Wiesz o tym. Jednak, gdy pojawisz się w miejscu, w którym jeszcze ją czuć, a rany po niej jeszcze się nie zbliźniły to zastanawiasz się ale jak. Wydarzenia ze Srebrnicy i Bośni są dobrze udokumentowane, w postaci wstrząsających nagrań. Zarówno oprawcy, jak i ofiary wojny, wciąż żyją, są sąsiadami, mijają się na ulicy. Żyją obok siebie, zgwałcona kobieta, której zabito męża i syna oraz jej oprawca. Tuż obok. 

Zanim wybierzecie się do Sarajewa warto jest się przygotować i przybliżyć sobie historię . Nasza przewodniczka wręczyła nam listę obowiązkowych pozycji:

Książki:

Zlata Filipović – Dziennik Zlaty

Ed Vulliamy -Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Filmy:

The Deathh of Yugoslavia (documenatry)

Scream for me Sarajevo (documentary)

No Man`s land

 

Praktycznik:

bilet z Mostaru do Sarajewa 10,90 KM

Galerija 11/07/95  10 KM

War Childhood Museum 10 KM

zestaw z tygielkiem ok. 33 KM

Za co pokochasz Bośnię i Hercegowinę? cz. II

Zapraszam was na podróż po Bośni i Hercegowinie. Będę ją dawkować w porcjach, by dać wam chwilę na rozsmakowanie się. Mnie osobiście oczarowała nutą orientu i brakiem pośpiechu. Mam nadzieję, że was także zaciekawi kraj, w którym mimo brutalnych doświadczeń, ludzie są niezwykle życzliwi. To był stały element codziennego zaskoczenia. Zatem czy my na zachodzie, jesteśmy aż tak zagonieni codziennością i uprzedzeniami? Ponadto pokochacie tutejszy zwyczaj picia kawy, stopionej z zapachem papierosów niczym w filmie Jima Jarmusha, tylko w innym nastroju. Dostrzeżecie piękno tego kraju, ale też ślady wojny, które wywołują dreszcz na skórze.

W części pierwszej mogliście razem ze mną przenieść się do Mostaru. Tym razem poznamy jego okolice. Jeśli wybierzecie się do Bośni samochodem lub planujecie jego wypożyczenie, to do opisanych poniżej miejsc bez problemu dostaniecie się samodzielnie. Zapewne w niektórych można zatrzymać się dłużej, jednak moim zdaniem, jeden dzień zupełnie wystarczy. Natomiast my z uwagi na nasze wątpliwe kompetencje kierowania pojazdami czterokołowymi, zdecydowaliśmy się na zakup jednodniowej wycieczki z Mostaru. Kupiliśmy ją przez Internet, jeszcze przed wyjazdem do Bośni, tu klik.

Wycieczkowy bus miał nas zabrać bezpośrednio z hostelu w którym przebywaliśmy. Wszystko fajnie, gdyby nie to, że nie otrzymaliśmy żadnej informacji zwrotnej co do odbycia się wycieczki, trochę nas to zaniepokoiło. Dlatego postanowiliśmy odnaleźć w Mostarze lokalizację firmy, i to także nam się nie udało. Czujecie coś takiego? I tu nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Zainteresowany naszym krzątaniem po dzielni pan, zaangażował się w poszukiwania firmy wycieczkowej. Bezinteresowna pomoc, coś co nie jest zjawiskiem powszechnym w Polsce, bynajmniej w mojej opinii. Całe szczęście okazało się, że firma istnieje, wszystko gra, wycieczka się odbędzie. Następnego dnia, o poranku lekko smaganym deszczem, przyjechał nasz przewodnik Tarik. Wyobraźcie sobie, że trafił nam się absolutny ‚private tour’. Jako, że byliśmy tylko my a on przyjechał po nas osobówką.  Tarik oczywiście okazał się  świetnym kompanem. Bardzo otwarty i przyjazny, opowiedział nam kilka bośniackich ciekawostek. 

MUST SEE

  • Medugorje, to takie miejsce kultu w stylu częstochowskiej Jasnej Góry, tyle, że skromniej. Mnóstwo ludzi, mnóstwo pielgrzymów, w tym także z Polski, ofkors. Wiąże się z objawieniami maryjnymi, które cały czas są badane przez Kościół. Osobiście uważam, że ze spokojem można to miejsce pominąć. Jednak jak już byliśmy, postanowiliśmy zobaczyć to znane miejsce kultu. Szału nie ma. Tyle, że tutaj oczekiwania też każdy ma inne. Bo jeśli ktoś jest katolikiem a wiara jest ważną częścią jego życia, to z pewnością, ta trakcja wyda mu się ciekawa, warta uwagi i pewnie zatrzyma się tam dłużej. Można też przespacerować się na pagórek na którym do owych objawień doszło. My natomiast zrobiliśmy szybki obchód i fru dalej.

  • wodospady Kravice, trochę bajkowo, trochę magicznie. Sielska przyrodnicza perełka. Taki trochę cud natury. Huk spadającej wody i lekka bryza. Bardzo przyjemne miejsce, można się tu zrelaksować a także, co ciekawe, wykąpać. Z jednej strony trochę mi się to z naturalnością tego kompleksu kłóci, z drugiej strony w upalny dzień, pływać pod wodospadami, odpoczywać na kamieniu. Brzmi całkiem kusząco. Niestety w czasie naszego pobytu aura była raczej deszczowa. Natomiast w nielicznych momentach, w których zaświeciło słońce dało się dostrzec niesamowity kolor wody, który w połączeniu z zielenią dookoła wzbudzał we mnie skojarzenia z bajką Tarzan. Nie pytajcie dlaczego. Ciekawostka, przy zejściu nad wodospady można spotkać bardzo charyzmatycznego sprzedawcę rakiji, który także włada piękną polszczyzną. Ha! Wszystkich częstuje odrobiną na zachętę, bo oczywiście można też zaopatrzyć się w całą butelkę. Tu także Tarik wczuł się w rolę romantycznego fotoreportera, robiąc nam mnóstwo zdjęć.

  • Stare miasto Pocitelj, w tym miejscu można pospacerować kamiennymi uliczkami zagryzając lokalne specjały. My zdecydowaliśmy się na truskawki. Z góry twierdzy można podziwiać malownicze widoki na miasto, wstęgę Naretwy oraz meczet Sisam Ibrahima Paszy. Ale do rzeczy. Miejsce o tyle ciekawe, że faktycznie można tam pomyszkować po mnogości zakamarków. Nasz Tarik po przybliżeniu nam historii, wykonaniu kilku romantycznych zdjęć, zszedł do samochodu a my zostaliśmy by zajrzeć w przysłowiowy każdy kąt. Ponoć o historii miasteczka można powiedzieć wiele, a już na pewno, że była jak to w Bośni krwawa. W czasie naszej obecności nie spotkaliśmy tam zbyt wielu turystów. Na miejsce można wejść bez żadnych opłat, bynajmniej w czasie naszej obecności tak było.

  • Tekke Blagaj – niewielkie miasteczko, które słynie przede wszystkim z źródeł rzeki Buny oraz tekke czyli klasztoru derwiszy. To niezwykle fotogeniczne miejsce, woda wypływająca ze skalnej pieczary i wtopiony w skalną ścianę budynek. Po pierwszych zachwytach skupiliśmy się na rozkminach czy po skale nad klasztorem można się wspinać. No cóż. Okazało się, że faktycznie ktoś to robi. Tarik wrócił do samochodu, a my w strugach deszczu spacerowaliśmy. Zdecydowaliśmy się także na zwiedzenie klasztoru (kobiety muszą pamiętać o chuście), który wewnątrz jest bardzo ciekawym obiektem, choćby ze względu na zupełnie inne obrzędy religijne. Myślę, że modlitwa w takich obliczach natury, może być przyjemnym doświadczeniem.

Mimo iż od połowy naszej wycieczki lało jak z cebra, odwiedziliśmy wszystkie punkty. Niesieni ciekawością, naszymi eksploracyjnymi zapędami i niezmiernie miłym towarzystwem Tarika. Całość zajęła nam ok. sześciu godzin, od 9:00 do 15:00. Czy warto? Zawsze! Także polecamy!

A w następnej części już Sarajewo.

Za co pokochasz Bośnię i Hercegowinę? Cz. I MOSTAR

Zapraszam was na podróż po Bośni i Hercegowinie. Będę ją dawkować w porcjach, by dać wam chwilę na rozsmakowanie się. Mnie osobiście oczarowała nutą orientu i brakiem pośpiechu. Mam nadzieję, że was także zaciekawi kraj, w którym mimo brutalnych doświadczeń, ludzie są niezwykle życzliwi. To był stały element codziennego zaskoczenia. Zatem czy my na zachodzie, jesteśmy aż tak zagonieni codziennością i uprzedzeniami? Ponadto pokochacie tutejszy zwyczaj picia kawy, stopionej z zapachem papierosów niczym w filmie Jima Jarmusha, tylko w innym nastroju. Dostrzeżesz piękno tego kraju, ale też ślady wojny, które wywołują dreszcz na skórze. 

Bośnię i Hercegowinę odwiedziliśmy w długi majówkowy weekend. W sumie spędziliśmy tam cały tydzień. Zobaczyliśmy wszystko co mieliśmy w planach. Do Bośni dostaliśmy się samolotem z Berlina. Na pewno szybciej byłoby samochodem, ale wiecie ‚ahoj przygodo’. Szybko i w miarę wygodnie dostaliśmy się z Wrocławia bezpośrednio na lotnisko Express Busem. Wiedząc, że różnie to bywa wybraliśmy wcześniejsze połączenie. Sześć godzin przed planowanym lotem, rozumiecie, sześć godzin. A tam nic zbytnio nie ma, zatem pozostało mi obserwować maszynkę do zwijania bagaży w folię. BTW, właśnie, ktoś to robi? Po co? Plus taki, że Wi-Fi działało bez zarzutu, ale wiecie komórka nie jest nieśmiertelna, power bank też. Zjedliśmy co mieliśmy, lotnisko nie chciało się z nami zbytnio rozstać, więc lot był opóźniony o godzinę. A co! Dzieci próbowały sytuację przyspieszyć wyjąc wniebogłosy, niestety nie zadziałało, za to pasażerom popękały bębenki w uszach. Głusi, ale pełni zapału dolecieliśmy do Banja Luki. Tam zastał nas mrok i deszcz, jednak udało nam się załapać busem do centrum, skąd mieliśmy kontynuować podróż. Niestety, niesieni pewnością, że skoro jedzie w jedną stronę to pewnie w drugą także musi, nie wzięliśmy żadnych namiarów na ów, bądź co bądź całkiem przystępny busik i jak wracaliśmy musieliśmy skorzystać z taksówki. Ze stacji benzynowej w Banja Luce mieliśmy mieć kolejny autobus. O pierwszej w nocy. Panowie z obsługi entuzjastycznie nas przywitali. Polacy, Robert Lewandowski, peace and love.  Dostajemy jajko, które z uwagi na kolor i półmrok, spowodowany słabym światłem i dymem papierosowym, wygląda jak śliwka. Okazuje się, że jest prawosławna Wielkanoc. Zjadamy jajo. Będzie ciekawie. Autobus oczywiście opóźniony, ciasno, ale jedziemy, kolejna przesiadka gdzieś za dwie godziny. Piotrek czuwa, ja śpię czując, że mój kark nie chce współpracować.  Całe szczęście kolejny autobus na nas czeka, bo prawie wszyscy się przesiadają. Ok, teraz już tylko Mostar.

Sytuacje, kiedy świat cieszy mnie o siódmej rano, mogłabym policzyć na palcach dwóch rąk i jednej stopy. Tamtego ranka byłam radośnie podekscytowana. Nie przeszkadzał mi ani deszcz ani brak soczewek na oczach. Niewyspani ruszyliśmy na spacer wąskimi uliczkami Mostaru. Co rusz zza bram wyłaniały się piękne kwiaty róż, które uwodziły zapachem. Mijaliśmy zarówno odnowione budynki, jak i takie, które nosiły na sobie znamiona wojny. To uwielbiane przez turystów miasto jeszcze spało. Do najbardziej charakterystycznego obiektu Mostaru dotarliśmy jeszcze przed szturmem turystów. Nie da się ukryć Stary Most robi wrażenie wyjętego z bajki. Wysoki i łukowaty, dostojnie góruje nad szmaragdową Naretwą. Nie było jeszcze słońca, więc jej kolor był lekko zgaszony. Tylko momentami przebijała się jej fenomenalna barwa, która przyciągała wzrok.

Zachęcam was do zapoznania się z historią tego mostu. Miał on spore znaczenie w dziejach Bośni, podobnie zresztą jak Naretwa, która dzieli kraj na część prawobrzeżną muzułmańską oraz lewobrzeżną chrześcijańską. Most przetrwał 427 lat, do 1993 roku, kiedy to w czasie wojny został wysadzony przez Chorwatów. Most szczęśliwie został odbudowany w sporej części z oryginalnych kamieni. Radzę założyć wygodne obuwie, ponieważ jest dosyć stromy i śliski, mimo iż ma coś na kształt schodków. Legenda głosi, że dawniej mężczyźni by udowodnić swoją męskość skakali z niego do Naretwy. A dzisiaj? Co roku organizowane są na nim zawody w nurkowaniu na mostach. Tutaj tez odbywa się jeden z etapów Red Bull Cliff Diving. Sami również możecie po przeszkoleniu, spróbować takiej ekstremalnej przyjemności. Nam udało się zobaczyć śmiałka zachęconego zgromadzonym ogromem turystów. To jednak nie jest pierwszy lepszy jegomość z ulicy tylko członek miejscowego klubu Stari Most Diving. Skok do Naretwy to nie hop siup. Trzeba mieć nie lada siłę bo Naretwa ma silny i zdradliwy nurt. Tak głoszą plotki, nie wiem, umoczyłam w niej tylko pazurki na brzegu.

Z powodu deszczu wpadliśmy do pierwszej lepszej kawiarni, wystrój może i nowoczesny, jednak w nastroju jak wyjęty z naszego PRLu. Stara muzyka i vintage menu. Z jednej strony omlet z szynką parmeńską z drugiej woda z Cedevitą (oranżada w proszku, w Bośni to hit) zamawiam kawę, i ciastko. Coś co moja mama kiedyś często robiła, jak miałam jakieś dziesięć lat (o matko! kiedy to było). Kostka z ciasta trochę jakby biszkoptowego, umaczanego w czekoladzie i obtoczona w wiórkach kokosowych. Lokal przesiąknięty zapachem papierosów. Czuję jak gryzie mnie w nozdrza, i tak już będzie do końca wyjazdu. Na końcu to już się nawet do tego przyzwyczajam. Natomiast o kawie miałam się rozwodzić przy okazji notki o Sarajewie, ale co tam. Napiszę dwa razy. Kawa w Bośni i Hercegowinie ma zupełnie inny wymiar niż u nas. Kawa wiąże się z zatrzymaniem, żadne „take away”, nic z tego. Tu kawa to codzienna celebracja, o każdej porze dnia. Nie zdziwcie się, jak Wam ktoś zaproponuje kawę wieczorem, tu picie kawy to trochę jak u nas picie herbaty. Z tą różnicą, że tam herbaty raczej nie uświadczysz w restauracji. A! Co jeszcze, bo widzicie przyzwyczajeni jesteśmy, że w restauracji mamy i kawę, i obiad i wszystko. Ano w Bośni, kawę dostaniesz w kawiarni, cevapici w Cevapdzinicy, nie ma, że full serwis.

Po drzemce w hostelu, bo jednak noc w autobusach daje się we znaki (kto drzemał, to drzemał, ja byłam po kawie) wybraliśmy się na obiad. Korzystając z rekomendacji Trip Advisora oraz Taste Away trafiamy do knajpy Sadrwan. Restauracja położona jest wzdłuż jednej z wybrukowanych uliczek nieopodal mostu. W bardziej turystycznej części miasteczka. Wystrój i obsługa utrzymana jest w tradycyjnych Bośniackich klimatach. Menu to także przegląd tutejszych smokołyków i tam o dziwo dostaniecie też deser, ale bez kawy.  Żeby się do niej dostać trzeba swoje odstać, bo miejsce cieszy się sporym powodzeniem. Pierwszy raz jedliśmy tam cevapici. Czyli takie jakby paluszki z mięsa mielonego, wieprzowego i/lub wołowego smażone na grillu podawane w bułce z cienkiego ciasta. Coś ala nasza pita, ale dużo smaczniejsze. Do tego zawsze podawana jest biała cebulka. Generalnie Bośnia to kraina mięsem płynąca, wegetarianie mogą mieć problem ze znalezieniem czegoś dla siebie. Drugi raz jedliśmy z polecania fajnie podany przegląd bośniackich smakołyków – National Plate. Cevapici, coś ala nasze gołąbki, faszerowane mięsem papryki oraz cebule. Dania podawane są w metalowych naczyniach. My dwa całkiem spore głodomorki, daliśmy radę tej ogromnej porcji. Chociaż czuliśmy się jak kuleczki, nie odmówiliśmy sobie deseru. Zdecydowaliśmy się na tufahiję czyli faszerowane orzechami jabłko zanurzone w cukrowym roztworze z kleksem bitej śmietany na czubku.

Sadrwan, National Plate

Sadrwan, National Plate

Mostar nie jest dużym miastem, można je zwiedzić wzdłuż i wszerz spokojnie spacerując. Oprócz sławetnego mostu, czekają tam na was meczety, mnóstwo zakamarków oraz świadomie pozostawione, nieodrestaurowane budynki, które mają nam przypominać wydarzenia z czasów wojny. Punktem obowiązkowym, oprócz Starego Mostu jest także Museum of War and Genocide Victims 1992 – 1995. Wizyta w muzeum skłania do refleksji, jest pełne osobistych historii i artefaktów ludzi, którzy doświadczyli wojny. Na wizytę należy zarezerwować sobie około dwóch godzin. W jednym z pomieszczeń można zostawić po sobie znak w postaci samoprzylepnej karteczki z notatką. Wiele tam jest próśb o życie w pokoju i miłości. Chociaż, to chyba jednak zbyt proste. Myślę, że może bardziej szacunek, kompromis i brak obojętności. Prawdą jest jednak, że mimo iż mamy XXI wiek, to wciąż toczą się wojny pełne okrucieństw. Przykładem może być obecny konflikt w Syrii, który także traktowany jest z obojętnością.

Notka praktyczna:

koszt busa z lotniska do centrum Banja Luki to ok. 10 KM, taksówką 20 euro

autobus z Banja Luki do Mostaru ok. 60 zł (bilety kupowaliśmy wcześniej przez Internet, są zaledwie cztery połączenia w ciągu doby, warto skorzystać ze strony GetByBus)

kawa 1,5 – 2 KM

jedzenie ok. 10 KM

bilet do muzeum ok. 10 KM

w niewielu miejscach można płacić kartą, lepiej uposażyć się w gotówkę

najlepiej sprawdza się karta Revolut, z której możemy sobie wypłacać pieniądze na bieżąco, koniecznie zwróćcie uwagę w czasie wypłat, ponieważ w wielu bankomatach pobierana jest prowizja w wysokości 8KM

jeżeli planujecie zwiedzać meczety, w przypadku kobiet należy wyposażyć się w chustę i odpowiedni ubiór (zakryte ramiona, nogi)

Mostar jest świetną bazą wypadową na jednodniowe wycieczki w okolice miasta, w okresie letnim koniecznie rafting

Jak się spakować i nie zwariować?

Powolutku zbliża się kolejna mała przygoda. Ciii …

Znów czuję ten miły dreszczyk emocji, związany z nowym miejscem i tym co mnie tam spotka. Plus uczucie lekkiego chaosu, bo tyle trzeba jeszcze załatwić, a ja nie mogę się pochwalić umiejętnością dobrej organizacji. Całe szczęście mam przy sobie osobę, która świetnie się odnajduje w planowaniu podróży i robi to rewelacyjnie. Skoro uczę się od samego mistrza, pozostaje nadzieja, że kiedyś ta cecha u mnie, też magicznie wyewoluuje.

Jako, że przygoda tuż, tuż trzeba zacząć myśleć o pakowaniu. Idzie mi to coraz sprytniej i mam już swoje patenty. Problem pojawia się wówczas, gdy podróż nie wiąże się już tylko z jednym obszarem działań jak na przykład góry, ale obejmuje też zwiedzanie miast czy inne aktywności. Jak do tego dołożymy jeszcze niepewne warunki pogodowe to robi się mała zagwozdka. 

Jednak jakbym miała określić jakie rzeczy będzie zawierał mój bagaż, to ujęłabym to w trzech warunkach: ma być wygodnie, ma się nie gnieść i ma być lekko. Przy czym ostatni warunek jest dosyć kluczowy.  Doświadczenie mnie tego nauczyło. Gdy nie jedziesz na wczasy, typu siedem dni w jednym miejscu, ciężki plecak może stać się twoim utrapieniem. Do dziś pamiętam, że gdy przemierzaliśmy Pireneje z plecakami, w myślach przeklinałam sama siebie, po co brałam trzy sztuki legginsów. Obecnie jak nie chcesz płacić fortuny za bagaż, a jak wiemy Ryanair zrobił nas w bambuko, to trzeba naprawdę spiąć pośladki i dokładnie przemyśleć jego zawartość. Dobrze jest sobie zrobić wcześniej dokładny spis rzeczy ważnych, niby nic nowego a jednak. Poza tym ja zawsze robię pranko w podróży.

Zazwyczaj zabieram:

  • dwie sztuki legginsów, spodenki
  • trzy koszulki sportowe, szybkoschnące
  • polar
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • coś ma głowę, okulary przeciwsłoneczne
  • bielizna, ręcznik szybkoschnący
  • klapki pod prysznic

Jeśli chodzi o kosmetyczkę, tutaj naprawdę ograniczam się do minimum. Żadnego makijażu nie przewiduję. Zawsze liczę, że słońce opali i rozświetli mą niezbyt młodą twarz, dzięki czemu będę wyglądać promiennie i zdrowo.

Co mam w kosmetyczce?

  • szare mydło (nie podrażnia, idealne do depilacji i do higieny intymnej), fajnie jest ogarnąć takie, którym można też myć włosy
  • maszynka do golenia 
  • krem z filtrami
  • składana szczoteczka plus mała tubka pasty do zębów
  • czerwona szminka (na wieczorny spacer w dresie 😉
  • mała buteleczka z szamponem i odżywką (takie maleństwa znajdziesz w każdej drogerii, są super bo wielokrotnego użytku)
  • chusteczki antybakteryjne, bo mają naprawdę szerokie spektrum zastosowań

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę by być bardziej zero waste?

  • gdy nie musisz chodzić cały dzień ze swoim bagażem, zabierz ze sobą płócienną torbę lub mały plecaczek
  • zamiast na wynos jedz w knajpie
  • ogranicz kupowanie pamiątek i innych niepotrzebnych pierdółek
  • zajadaj się lokalnymi specjałami
  • zamiast papierowych map korzystaj z komórki.  Istnieje mnóstwo aplikacji, które są pomocne w pewnym dotarciu do celu. Twój telefon cierpi na to samo co mój? Czyli notorycznego głoda, zaopatrz się w powerbank. 
  • weź ze sobą kubek na wodę, kawę czy pojemniki na jedzenie wielokrotnego użytku. Tym razem z uwagi na ograniczoną ilość miejsca nie zabiorę żadnego z powyższych, ale jeśli to podróż samochodem, autobusem a nawet samolotem i masz miejsce to koniecznie korzystaj z takich możliwości. Zawsze jakiś plastik, czy kubek mniej na śmietniku.

Kolejną sprawą jest jedzenie na podróż.Tutaj niektórzy popadają w lekki obłęd robiąc specjalne zakupy. Ja zaczynam praktykować wykorzystanie wszystkiego, co nam zalega w lodówce a co w czasie naszej nieobecności może się zepsuć, warto przejrzeć słoiki i zawartości szafek. I właśnie z tych resztek coś wyczarować. Wujek Google na pewno ci w tym pomoże. 

Pierwszy etap naszej podróży spędzimy w autobusie i to od bladego świtu, więc zabieramy ze sobą, śniadanie, obiad i zakąski:

  • kasza – plus to co znalazłam w lodówce (cukinia, już nie pierwszej świeżości papryka, kawałek fety, pietrucha, orzechy) zdrowo i energetycznie
  • kanapki, tu też robimy przegląd lodówkowy, tak się składa, że mam otwarty słoik suszonych pomidorów, super. Może jakaś pasta?
  • mam resztkę mleka, mąkę i resztkę dżemu. Ha! Naleśniki na deser.

O co chodzi? By nie marnować jedzenia, ot to. Podobnie w podróży, staramy się kupować tyle ile zjemy, takie nieszczęście, że jemy dosyć sporo, ale staramy się zdrowo.

A jak już zapakowani, to to teraz już nie pozostaje nic innego jak tylko zacierać pazurki i mieć nadzieję, by wszystko poszło zgodnie z planem, a jak nie pójdzie to też fajnie. Liczą się wspomnienia, wspólne chwile i doświadczanie razem nowych rzeczy.

5 THINGS I`M PRAUD OF

Przeanalizowałam sobie ubiegły rok. I myślę, że to podsumowanie naprawdę przyda mi się na nadchodzący Blue Monday i kolejny rok, który niesie wiele niewiadomych. Kurczę 2018 był rokiem nowych doświadczeń, adrenaliny i wyzwań. Tak, jeśli chodzi o wyczyny to naprawdę jestem z siebie gdzieś tam w środku dumna. I myślę, że te dobre rzeczy kładą cień na tych mniej fajnych. I te moje większe i mniejsze dumy podzieliłam na pięć worków.

  • Podróże. Nie jestem zaawansowaną globtroterką i do tej pory większość wypraw, które chodzą mi po głowie pozostaje w sferze marzeń. Stąd nieważne gdzie, każda podróż jest dla mnie ekscytująca i ważna. Nawet do przysłowiowej „Koziej Wólki”. Byle tylko odkrywać. Lubię potem przypominać sobie smaki, obrazy i zapachy. W ubiegłym roku to się bardzo fajnie zrównoważyło, były i góry i woda.  2018 rok rozpoczęłam na wyspie pełnej kontrastów. Teneryfa  z jednej strony gorąca i sucha, z drugiej pełna niesamowitej roślinności, muskająca oceaniczną bryzą i imponująca niesamowitymi klifami. Obezwładniająca kubki smakowe pysznymi tradycyjnymi tapasami i kanaryjskimi ziemniaczkami. Potem były via ferraty nad włoskim jeziorem Garda. Latem powtórka tylko, że w Austrii z wyższym poziomem adrenaliny. I oczywiście letnia przygoda z żeglarstwem między chorwackimi wysepkami. Dla mnie to dużo. Każdą z tych podróży wspominam z sentymentem, każda wiązała się z zabawnymi przygodami, które wciąż z uśmiechem wspominam.

Tenerife

Alps

Croatia

  • Wspinanie. To był jakiś taki przebłysk w czasoprzestrzeni. Najpierw były ferraty, następnie ścianka a potem impuls i bam kurs wspinaczki skalnej. Dzięki świetnej kadrze Dolnośląskiej Szkoły Wspinaczkowej było emocjonująco ale i zabawnie. Trady to jeszcze nie mój level, jednak wspinaczka mnie ciekawi i w jakiś sposób pociąga. Zdobyte umiejętności przydały się na trudniejszych alpejskich via ferratach. Daleko mi do spider woman, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się nabyć większej wprawy i pewności w tej dziedzinie.

Alps

via ferrata

via ferrata

  • Taniec. Może doprecyzujmy – bachata. Tutaj bakcyl został tak złapany, że nie wiem czy już mogę powiedzieć, że to pasja, jednak na pewno coś co odrywa mnie od wszystkiego i uspokaja. Jeszcze mi się nie znudziło, na zajęcia wciąż uczęszczam regularnie, a u mnie taka wytrwałość nie zdarza się często. Taniec obudził we mnie kobiecość, rozwinął świadomość własnego ciała i dodał pewności siebie. Pakiet zalet. Weekend bez tanecznych warsztatów to weekend stracony. Koniec roku został tym razem uczczony udziałem w tanecznym festiwalu La Bamba. 

  • Strona internetowa. Tak moje pierwsze dziecko, jeszcze niedopracowane, jeszcze na etapie poznawania. Nawet nie raczkuje. Jednak mimo, iż takie niedoskonałe i pełne niedociągnięć to moje. Lubię sobie czasem coś tu wrzucić, lubię organizować sesje, wymyślać stylizacje. Serio, sprawia mi to przyjemność. 

one of my first photo session

  • Ludzie. Chyba pierwszy raz w życiu wiem czego chcę a czego zdecydowanie nie. To bardzo interesujące uczucie. Zaakceptowałam siebie.  Doceniłam wartość przyjaciół, ludzi mi najbliższych. Nie zależy mi już na atencji innych. Idę ku lepszemu. 

Nowy rok wiąże się z wyzwaniami o innym wymiarze. Na czym mi najbardziej zależy w 2019 roku?

Na spokoju duszy.

photography Kamila Kodymowska

 

Ahoy, Captain!

Pomysł na wakacje pod żaglami pojawił się trochę znienacka. Spontanicznie podjęłam decyzję o udziale w całej ekspedycji zachęcona dużym entuzjazmem organizatorów wyprawy.

Czy miałam jakieś pojęcie na temat żeglowania? Niespecjalnie. Cholera a tak szczerze, żadnego. Dodam, że wyruszyłam z podstawową umiejętnością pływania. Poziom żabkopies, który po intensywnych treningach w aquaparku przeszedł transformację w zdecydowaną żabkę. By ociupinkę przybliżyć sobie podstawy żeglugi i nabyć jako takiego kontaktu z żaglówką wybrałam się razem z chłopakiem na zajęcia do wrocławskiej Na Fali. Podczas wakacji w wybrane niedziele można było się zapisać na godzinkę zajęć.  Powiem tak, instruktorka przeprowadziła super zajęcia i naprawdę warto było się wybrać. Wyszłam z mocno utkwionym w pamięci fokaszotem (pisownia moja).

photography E. S.

W sierpniu wyruszyliśmy na podbój morza. Wyprawa samochodem do Chorwacji to nie takie hop siup no chyba, że ktoś jest bardzo młodej krwi i nie zasypia migiem. Warto sobie rozplanować podróż na dwa dni albo upakować do auta jak największą liczbę praktykujących kierowców. Serio, warto. Bezpieczeństwo to jednak wciąż ważna sprawa.

Pierwszy kontakt z Adelaide Mary był bardzo pozytywny. Pomieszczenia do spania dla tych którzy mają klaustrofobię mogą być przerażające. Jednak o dziwo wygodne prima sort. Przestronna kuchnia z salonem bez trudu pomieściła wesołą dziesięcioosobową gromadkę i dała szansę na przeprowadzenie morskich kuchennych rewolucji. Jacht posiadał pełne wyposażenie wszelkie kubki, czy inne miseczki, lodówkę, pościel. Wszystko niezbędne do przeżycia we współczesnych czasach.

photography Robert Kruszyk

Pierwsze godziny na morzu upłynęły w oparach ekscytacji, radości i niezmiernej ciekawości. Dopóki nie pojawiły się lody.  Dlaczego? Okazały się one wyzwalaczem choroby morskiej. Połowa załogi została zalana falą bynajmniej nie morską a mdłości. W sumie ode mnie się zaczęło, i na mnie pozostało. Pozostali szybko wrócili do zdrowia i zaadaptowali się do morskich warunków. Nie ja. Przetrwałam w bezpiecznej pozycji leżąco/siedzącej.

photography Adrian Bury

Wyruszyliśmy ze Splitu. Miejscowości, która z jednej strony jest obleganym kurortem z drugiej magicznym miejscem pełnym nastrojowych uliczek. Żeglowaliśmy od wysepki do wysepki. Wrzucam mapkę prezentującą nasza trasę.

made by Robert Kruszyk

photography E. S.

Zatrzymywaliśmy się w przepięknych zatoczkach by odpocząć w ciepłej i niesamowicie przejrzystej wodzie. Ktoś może się zdziwić, że od czego odpoczywać na jachcie. Ano kapitan potrzebuje pomocnej załogi. Szczególnie, gdy jest wiatr. W naszym składzie całe szczęście byli zapaleńcy żeglugi, którzy aktywnie we wszystkich manewrach uczestniczyli. Na pokładzie są emocje!  Gdy wieje nie ma nudy a trzeba sprawnie wykonywać polecania kapitana. Bez żartów. Co innego, gdy nie ma wiatru. W pełnym słońcu tkwisz na idealnie gładkiej tafli wody.

photography E. S

Wieczorem stawaliśmy na kotwicy w zatokach, raz zatrzymaliśmy się w marinie by uzupełnić zapasy wody i się odświeżyć. Wyobraźcie sobie letni wieczór, kolacja, jacht i zachodzące słońce. Cudownie. Plan zakładał wieczorne imprezy, ale po całym dniu żeglugi, wieczornym zwiedzaniu większość wolała zwyczajnie odpocząć.

Wspólne życie na jachcie wymaga organizacji, dyscypliny i nie lada współpracy. Myślę, że to dobre miejsce na wypad integracyjny czy do obserwacji ludzkich zachowań. Metraż jachtu jest niewielki jak na dziesięć osób. A tu trzeba ugotować, pozmywać, i wspólnie spędzać czas. Nie obyło się bez ciekawych dyskusji, karcianych rozgrywek i chwil z książką. U mnie gorzej bo czytanie niestety potęgowało moją chorobę morską.

photography E. S.

Jedzenie zabraliśmy z Polski. Na miejscu kupiliśmy tylko mięsko, świeże warzywa i owoce oraz nabiał. Plan przed wyjazdem zakładał, że każdego dnia gotują kolejne dwie osoby według ustalonego przed wyjazdem menu, które w trakcie w miarę potrzeb modyfikowaliśmy. Na wodzie wszystko smakuje przednio. Uwielbiałam jednak śniadania i kolacje utrzymane w konwencji szwedzkiego stołu.

Co warto ze sobą zabrać?

Wersja damska na bardzo przyjazne warunki pogodowe

  • strój kąpielowy, najlepiej więcej niż jeden. W sprzyjających warunkach w stroju można chodzić od rana do wieczora.
  • coś cieplejszego na chłodne wieczory czy bardzo wietrzne dni – bluza, polar, legginsy
  • sukienka na wyjście wieczorową porą
  • szybo schnący ręcznik
  • butki do morza
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • przyda się karimatka na kamieniste plaże
  • wygodne buty do zwiedzania

Kosmetyczka

  • krem do opalania z wysokim filtrem, szczególne na początku
  • krem po opalaniu na podrażnienia
  • małe tubki (szampon do włosów, odżywka, jakiś olejek) – słona woda czyni z włosów koszmar
  • pasta, szczoteczka
  • krem do twarzy
  • czerwona szminka 😉

Pełny koszt wyjazdu ok. 2 tys. zł za 7 dni. Ponad połowę tej kwoty stanowi koszt wynajęcia jachtu, dalej to zrzutka na paliwo i jedzenie. 

Jak dla mnie to super przygoda i bardzo ciekawe doświadczenie mimo ciągłego uczucia mdłości.  Fajni ludzie, piękne widoki i świetnie spędzony czas. A powroty zawsze bolą.

photography  Joanna Kowalska

Leggins for special tasks

Prowadzę dość aktywny tryb życia. Mimo, że na co dzień najczęściej wybieram sukienki i szpilki to w wolnej chwili lubię porządnie się zmęczyć w oparach adrenaliny. Nie przeszkadza mi błoto, robaki a spanie w namiocie to obowiązkowy element programu. Ten cały camplife daje mi dużo radości i poczucia spokoju. Sport to moje osobiste katharsis. A jak ćwiczyć to najlepiej w legginsach.

photography Piotr Staszak

Jako, że nie o przygodach miał być ten wpis to skupmy się na stronie modowej. Ilekroć mam kupić jakąś specjalistyczną sportową odzież czy przedmiot okazuje się, że poczucie estetyki jest jakoś w tyle. O ile odzież fitnessowa ma już całkiem fajne wzornictwo o tyle outdoorowa już niekoniecznie. Ja wiem, że ważniejsza jest funkcjonalność. Jednak jak mam już płacić za coś krocie to fajnie by było jakby przy okazji też wyglądało. Oczywiście rozumiem i szanuję, że dla kogoś to aspekt nieistotny. Ja jednak lubię połechtać moje estetyczne ego.

photography Piotr Staszak

Na wyprawy najczęściej zabieram ten sam, stały zestaw legginsów. Nie żadne specjalistyczne, bez super funkcji. Ich mocną stroną jest niezniszczalność, wygoda i świetny print. 

Femi Stories dawniej Femi Pleasure to polska marka stworzona przez dwie siostry dla aktywnych, pełnych pasji kobiet. U mnie ich legginsy sprawdziły się na trekkingach, wspinaczce, ferratach, ogólnie w trudnych warunkach i zwyczajnym fitnessie. W kolekcjach jesienno/zimowych pojawiają się także modele termoaktywne. Oprócz super legginsów na stronie marki znajdziecie wygodne bluzy, t-shirty, kurtki, spódniczki a nawet sukienki. 

https://femistories.com/

Dlaczego tak bardzo je lubię? Bo są nie tylko wytrzymałe ale także pełne kolorów i dziewczęcego uroku. Fajnie jakby dziewczyny wzięły się za outdoor, brałabym w ciemno. 

photography Piotr Staszak

photography Piotr Staszak